Jak ten czas leci. Mam już 16 dni, a w piątek rano skończyłam dwa tygodnie. Na razie zachowuję się, jak
klasyczny jamochłon - nic tylko domagam się jedzenia. A ile pieluch schodzi! Dobrze, że są jednorazowe,
bo rodzice zbankrutowaliby na proszku do prania.
Tata mnie zapakował do koca ciasno, tak jak małe dzieci lubią.
Mama karmi mnie w naszym nowym pokoju, który dzielnie z mamą wykańczałam jeszcze przed urodzeniem.
Pamiętam każdą płytkę sufitową, którą mama wkładała.
Najadłam się i jest mi dobrze u mamy.
Tata podaje mi porcję mleka mamy, którą trzymamy w zamrażalniku na specjalną okazję
- na przykład taką, jak teraz.
Po prostu dwie mamine piersi nie wystarczyły - domagałam
się więcej!
Mama ułożyła mnie w tej fajnej kolorowej zabawce i myśli sobie naiwnie, że zasnę, jak mi zaśpiewa...
Tymczasem ani myślę spać.
Tylko robię głupie miny do zabawek.
Tata zabrał mnie na balkon. Leżę sobie i podziwiam przyrodę.
U taty też bije serduszko. Puk-puk. Puk-puk.