Aż nie chce się wierzyć, że to już dwa miesiące upłynęły od momentu, kiedy przyszłam na świat.
Zaczęła się jesień, temperatura w Atlancie wreszcie spadła do rozsądnych wartości (20-25 stopni w dzień, około 10 w nocy).
Często teraz zabierają mnie rodzice do ogródka. Mama nawet ostatnio pracowała z ogródka, zabrawszy swój komputer
przenośny na zewnątrz, podczas gdy ja huśtałam się w hamaku.
Właśnie skończyłam dwa miesiące i myślę, że świat należy do mnie.
Jak mama zaraz nie da mi jeść, to zjem całą swoją rękę!
Mama położyła mnie na chwilę na podłodze, żeby znaleźć czystą pieluchę w okolicy. Popełniła błąd -
położyła mnie blisko kabelków od jej komputera. Natychmiast się nimi zajęłam. I nikt mi w tym nie pomagał!!
To nie ja! Ja nic nie zrobiłam! To one same wlazły mi do ręki!
Zrobiło się chłodniej. Tata mówi, że to dlatego, bo przyszła jesień. Muszę teraz nosić cieplejsze ubranka
i czasami nawet rękawiczki.
Tydzień byłby stracony bez rozmów z misiem Pandą.
Mama przygotowała mi nową zabawkę. Stwierdziła, że kręcące się koniki to ładnie wyglądają z perspektywy rodziców, ale
z mojej zupełnie nie wyglądają. Zupełnie się z nią zgadzam. Teraz kręcą mi się czarno-białe wzorki. Muszę powiedzieć,
że znacznie bardziej mnie zajmują, niż te koniki.
Zaraz zasnę, ale jeszcze trochę porozrabiam.
Mama wyczytała gdzieś na sieci, że można skonstruować nosidełko dla maluchów z pięciometrowego kawałka szmaty.
Oto i efekt eksperymentu.
Meksykański wynalazek, meksykańska produkcja. Hamak - prosta rzecz, a cieszy. Jest okazja, by sobie pospać na
zewnątrz przy szumie fontanny i ćwierkaniu ptaszków.
Czas mija, a ja ani myślę wstawać. Dobrze mi w tym hamaku.