Podczas wycieczki nad
wodospad Niagara nasz samolot uległ awarii i nie poleciał
z powrotem do Atlanty. Tata leciał inną linią lotniczą, więc doleciał bez przeszkód, a my zostaliśmy na cały dzień w Buffalo.
Mamie udało się przekonać naszą linię lotniczą, że całodzienne opóźnienie jest dla nas całkiem przykre i linia powinna nam to jakoś
zrekompensować. W ramach rekompensaty mama, babcia i ja dostałyśmy... darmowy bilet w dowolne miejsce w USA, dokąd lata Airtran.
Mama popatrzyła się na mapę i wyszło jej, że najdalej, dokąd Airtran lata to San Francisco. Tata czym prędzej zarezerwował nam
lot do San Francisco, dokąd poleciałyśmy (ja, mama i babcia) 8 października.
W Carmel, nad Pacyfikiem, znalazłyśmy się wieczorem pierwszego dnia wycieczki. Znalazłyśmy się tam również rano, ponieważ mama
i babcia zapomniały zabrać naszego aparatu fotograficznego z restauracji, w której jadłyśmy obiad. Na szczęście aparat był tam,
gdzie go zostawiłyśmy.
Po drodze na południe jest sobie miejsce, w którym można oglądać słonie morskie. Na parkingu, na którym się zatrzymałyśmy
spotkałyśmy takiego oto ciekawego pana.
Moorpark, niedaleko Los Angeles, rezydencja pana Zaręby. Na zdjęciu towarzyszą mi babcia, pan Zaręba, jego żona i pies.
Widziałaś babciu? Te sekwoje są strrrrasznie duże. Chyba nawet większe od taty!
Po drodze do parku narodowego Kings Canyon nudziło mi się okropnie. Ponieważ zwykłe namowy nie skutkowały, musiałam
się rozpłakać, by się mama wreszcie zatrzymała. Nareszcie znalazłam coś ciekawego - wkładanie kamyczków do nocnika.
Kamyczków ciąg dalszy - w parku narodowym Yosemite zajmowałam się wkładaniem kamyczków do buta mamy.
Zachód słońca nad rzeką Merced w Parku Narodowym Yosemite. Weźcie wreszcie tę jasną lampę ode mnie!
Daję wzorowy przykład, jak się można umorusać przez jeden dzień.
Na koniec wycieczki odwiedziłyśmy San Francisco i Oakland. W Oakland widziałyśmy dom Jacka Londona (przeniesiony z Klondike),
pod którym pozuję do zdjęcia na rękach babci.