Po tygodniu z okładem, spędzonym na łódce zwanej Biedrona na
Mazurach pojechaliśmy na Majorkę. No bo jak to wygląda, żeby Majorki nie były do tej pory na Majorce?
Z Warszawy polecieliśmy do Pragi, z Pragi do Barcelony z międzylądowaniem w Marsylii. Lubię czeskie linie lotnicze, bo dają dzieciom fajne zabawki. Dotarliśmy do Barcelony, skąd dopiero następnego dnia po południu leceiliśmy na Majorkę. Rano więc wybraliśmy się na spacer po mieście. Na zdjęciu mama nosi mnie po barcelońskiej promenadzie "La Rambla".
Patrzcie, jak fajnie można się pobawić z cieniem na balkonie!
Moje bliskie spotkanie z Morzem Śródziemnym. Na początku bałam się wejść głębiej do wody, niż do kostek, ale potem przekonałam się, że to całkiem fajne!
Piasek jest, chętna do zabawy również, gdzie są łopatka, wiaderko, grabki i foremki?
Chodziłam z mamą i z tatą po bulwarze nadmorskim w miejscowości Ca'n Pastilla, niedaleko Palmy. Gdy dochodziłam do kogoś siedzącego na murku w taki sposób, że nie mogłam przejść, trąbiłam na niego
pi-piiiip. I ludzie się usuwali!
Nie ma to, jak sobie pojeździć na Harleyu.
Wybraliśmy się na wycieczkę starym pociągiem do miejscowości Soller, znajdującej się po drugiej stronie gór. Na postoju w celu zrobienia zdjęć wysoko w górach widoki mnie nie interesowały. Interesowała mnie za to barierka w wagonie...
Co tam jest takiego ciekawego na stacji w Soller?
W drodze powrotnej trochę mi się nudziło, w końcu przecież już tędy jechałam raz. Poza tym byłam lekko śpiąca.
Valdemossa, miejscowość, gdzie podobno jakiś pan z jakąś panią spędził zimę. Ani mnie, ani tacie nazwiska "Fryderyk Szopen" i "George Sand" nic nie mówiły.
A w ogóle, to co to za pani, co ma na imię "Jerzy"? Albo "Fryderyk"?
Na wąskich uliczkach Valdemossy czułam się jak w domu. A zwłaszcza u taty na rękach.